wtorek, 22 kwietnia 2014

Święta i mrówki.

22.04.2014 wtorek po lanym poniedziałku :) 

I tak, w ferworze remontowej walki niespodziewanie nadeszły Święta. Trzeba się było zająć łapaniem zajączka, malowaniem jajek. Był oczywiście także aspekt filozoficzny, odwieczne szukanie odpowiedzi na pytanie co było pierwsze jajko, czy kura?.....(Uprzejmie donoszę, że w czeskiej TV twierdzą, że kura.)

..........A może dąb czy grab ?


 Poza tym, dopadła mnie także niemoc twórcza, nie wiem czy to reakcja na brak pomysłów na schody, czy tęsknota za Polską, wszak to moje pierwsze Święta za granicą.... 
Pogoda dopisała, było pięknie, słonecznie, soczyście i pachnąco. Pietruś wyciągnął mnie na spacer do lasu, było cudnie. Sprzęt chyba za cienki jak na tyle soczystości posiadam, bo zdjęcia nie oddają kolorów, zieleń była zieleńsza, błękit bardziej błękitny a do tego słońce świeciło mega ostro... TAK, to napewno wina słońca. Najważniejsze znaleźć winnego, mój aparat od razu poczuł się lepiej. Jako karę, wymyśliłam, że słońce przez całą noc nie będzie świeciło.
  Przy okazji dowiedziałam się, dlaczego rodzice wysłali Czerwonego Kapturka samego przez las do babci? Wiecie? Bo nie byli szczepieni przeciwko kleszczom, Ha! A Czerwony Kapturek był. Ha! Tak w tutejszej TejVej reklamują/namawiają, żeby dorośli się szczepili. No też ładnie. 

Na działce sypnęło kolejnym kwieciem. Z każdym dniem mnie ten ogród zaskakuje. Poprzednia właścicielka musiała kochać zieleninę, we wszelkiej postaci, bo z dnia na dzień kolekcja rośnie.
Funkia /hosta/ jak kto woli. O! Nawet się gajowiec żółty załapał - liście jak od pokrzywy ale w srebrzysto/białe ciapki. Załapało się tez obuwie turystyczne ;) kolor szary z czerwono/czarnymi sznurówkami.
Dąbrówka rozłogowa.
Goździki skalne, skąd toto wylazło? Petr mówi, że ze skał. 
Pięciornik krzewiasty a w tle barwinek.

Poziomki.... mmm będziemy testować moją alergię :)
  W ogrodzie, poza w/w roślinami, jest sporo innych już rozpoznanych i opisanych. Kilka z nich to: juki kalifornijskie - duże krzaczory, pewnie oddadzą swój żywot jak sprzęt ciężki wjedzie. Skoro przy małej roślince korzeń był dłuższy niż ona sama to przy takich krzaczorach korzeni sobie nie wyobrażam. W tle za jukami panoszy się irga oraz dwa gigantyczne jałowce. 

W uroczych donicach rośnie rozchodnik ostry ;)
Złotlin, bidny jakiś, ale popracujemy nad nim.


Piwonie. Się dopiero okaże, jak zakwitną co za jedne.
Na pierwszym planie wilczomlecz złocisty, w tle (na naszej działce chyba wszędobylski) barwinek. W lewym rogu jeszcze nie kwitnący gajowiec żółty a w prawym pierwiosnek lekarski.

  Bezruch na cichej i spokojnej drodze, w okresie Świąt wyparował jak kamfora. Uaktywnili się spacerowicze, turyści na rowerach, turysto-spacerowicze na koniach. Wszyscy podążali w bliżej nieokreślonym kierunku LAS. Bliżej nieokreślonym, bo można w prawo, w lewo, prosto i wszędzie coś jest. A to skała, a to zamek, a to jakieś ruiny, a to następny zamek, a to nowa gospoda, na razie nie ma co polecać, uczą się. No, chyba że ktoś lubi czekać na piwo 30 min....wrr o gorących posiłkach nie będziemy na razie pisać. 
Trzeba będzie poważnie pomyśleć o szybko rosnącym żywopłocie. 
Wracając do koni, odwiedziły nas ostatnio dwa. Jeden jakiś taki zarośnięty, ale spokojny i stateczny i taki noo, przeciętny. Drugi gibki, prężny, co się na koniach w ogóle nie znam to jakiś taki lekko według mnie z arabska był. Prezentował się fantastycznie. Normalnie miodzio, no nie, żebym od razu o salami pomyślała, było poprostu na czym oko zawiesić. I A. się na nim świetnie prezentowała, to są te chwile gdzie przez głowę z prędkością światła przelatuje mi myśl, że "mogłabym chcieć" jeździć konno. Sielski obraz burzył wywalony na lewo jęzor owej pięknej kobyły, oraz baaardzo ale to baaardzo nerwowe zachowanie. W samochodzie to hamulec nacisnę a tu.... ta myśl sprowadziła mnie na ziemię.
 A. nam wytłumaczyła, że koniu nerwowy jest, bo mrówki latają. No i masz. No, ja niby też nerwowa jestem jak mi coś dookoła głowy lata a tym bardziej jak to są gigantyczne mrówki ze skrzydłami, ale żeby od razu jęzor wywalać... Dobrze, że to trwa podobno w granicach 2-3 tygodni, bo tak, to z lekka niewygodne by było. Mam na myśli oczywiście wysychanie języka...



Co się tyczy latania, to sobie chyba z Pietrkiem kurs zafundujemy. Przestrzeń schodowa kurczy się nam z prędkością światła. Za chwilę to już tylko magik będzie mógł tam schody postawić. Tak, że umiejętność latania może być przydatna. Kuchnia wylądowała pod schodami, ewentualnie jak kto woli schody wylądowały nad kuchnią. Uwielbiam łamigłówki, typu: jak zmieścić lodówkę, piekarnik, mikrofalówkę, ekspres do kawy, czajnik, zlewozmywak, płytę indukcyjną i blat roboczy na przestrzeni dł. 2,10 m. i jeszcze bez górnych szafek, bo schody tam mają być. Żeby nie zanudzać o talerzach, garnkach, kubkach, szklankach i innych tego typu drobiazgach nie wspomnę. A Pietrek się dziwi, że spać nie mogę. Jest opcja wbicia się do łazienki, tylko że wtedy z łazienki kiszka się robi i zyskuję tylko 60 cm, no niby zawsze coś, jak na wciśnięcie lodówki to rzekłabym nawet spore coś. Oki, zrobię się na bóstwo i mykam na spotkanie z architektem.

 O! Byłabym zapomniała, Poczta Polska dostała dziś u mnie +. Normalnie trwam w szoku. List polecony, priorytet, nadany w środę o godzinie 19:40 czyli tak jak by już w czwartek, dziś w godzinach rannych pojawił się u mnie :) Myślę, że to NAPEWNO przez znaczki, a raczej ich ilość ta robiła wrażenie.  A przecież po drodze były Święta.... No i jak na potentata przystało, mogłam sobie monitorować drogę przesyłki po numerze. Łał, normalnie łał. Wiem, wiem koperta wymięta jak święci pańscy po imprezie w Boże Ciało, ale M. to przewidział i zabezpieczył papierzyska i nic się nie wymło w środku. HA! Da się?