środa, 7 maja 2014

Zjadacze róż


O opuchlakach już było, a teraz będzie o walce z nimi. Dni warte zapisania, w poniedziałek Pietrek zamówił nicienie, a wczoraj, czyli we wtorek, w południe dzwonił, że ma je w lodówceeeefuj.



 Na trzech, szlachetnych krzakach róż, te żarłoczne chrząszcze wyjadły mi 99% pędów. Wrrr. Ciekawy jest fakt, że bestie wciągają tylko polskie róże, a te, które rosną na miejscu, zwykle dzikie i rozsiane po całym ogrodzie a w dwóch miejscach rosnące w postaci starych, rozsypujących się drzew z 4 metrowymi badylami nie. No, chociaż raz to co Polskie jest  lepsze/smaczniejsze :)  Potraktowałam więc mieszkające w ziemi i napewno podgryzające moje roślinki larwy, nicieniami. Użyłam do tego, z racji, że jest już ciepło i właściwie to nawet jest ostatni dzwonek na to, Larvanem. Tym bardziej, że na noc zapowiadali deszcz, a na dzień brak słońca i przelotne opady. No to książkowo. Ponieważ zakupiliśmy dwa opakowania, to w weekend prawdopodobnie czeka nas wycieczka do grodu Kraka i podlewanie na tarasie hedery, która zeszłej jesieni też bardzo opuchlakom smakowała. Teraz studenci wpadną w lekki popłoch, bo się właśnie dowiedzieli, że maminka przyjeżdża :) a słyszeli tylko ,że na wycieczkę jedzie :P Spoko, tylko na kilka godzin to do studentów. Niestety, tylko na kilka godzin to do wszystkich ziomali. Którzy chcieliby na własne oczy zobaczyć czy jestem szczęśliwa i jak się nie postarzałam i czy aby nie przytyłam, co byłoby napewno mniej bolesne niż gdybym schudła. Moi drodzy, jest super, jestem happy, nie schudłam i nadal chwilami świetnie wyglądam. Spełniam swoje marzenia i tuszę nadzieję, że nikogo przez tą moją wylewność krew nie zalała :) Może w gwiazdce powinnam  jakieś amulety wcisnąć, czerwoną wstążeczkę, błękitne oko a może mojego złoto/zielonego o którym jeszcze kiedyś napiszę...  
Tutaj 08.05 jest święto. Świąteczne święto, tzn się nie pracuje, ale wszystkie sklepy są czynne, ale tłumów nie ma, więc właściwie mogliby sobie odpuścić..... Ludzi z miast, miasteczek i wsi i tak wywiewa i łażą po górach, lasach, dolinach, jeżdżą na rowerach, hulajnogach, motorach, siedzą na chacie, łowią ryby, palą grilla, zwiedzają piwnice win etc....

Trochę ukulturalnialiśmy ogródek, a właściwie przedogródek. Ukulturalnianie wyglądało tak, że było wycinane wszystko co stanęło mi na drodze. Pietruś się pytał: "a nie szkoda tego?" a ja mówiłam TNIJ.



I już jest przyjemniej dla oka :), suche gałęzie obcięte, trawa skoszona. Chcieliśmy też przesadzić kilka grabów, ale jak się okazało, że zarówno przy ich wykopywaniu, jak i przy ich sadzeniu potrzebny jest kilof......no wiadomo, góry... To skończyło się na dwóch. Sakra a my planujemy tam posadzić żywopłot z grabów 5/6 sztuk na metr, czyli jakieś 700 szt. Chyba zacznę biegać jak "Kevin sam w domu" i krzyczeć AAAaaaaa!!!!!


fot. ogrodniczy.blog
No ale ten efekt.... Pietruś obiecał, że zamówi małą koparkę :)

Z nowości, to wczoraj przeciąg przy użyciu szyby w oknie chciał mnie skrócić o głowę, ale jak w westernach właśnie się schyliłam.... i jestem bez zadrapania. A i dziś pani fryzjerka nie obcięła mi żadnego z pary uszu, więc jestem dobrej myśli co do długości swojego życia. Załatwiła mnie natomiast używając jakiegoś zapachowego szamponu i chodzę po domu nieprzytomna i z bólem głowy. Nie ma to jak połączenie zapachu kokosa i piernika..... o fuj aż mi się mdło zrobiło.

Jutro na chatę ma zawitać hydraulik (nie przeszkadza mu że jest święto) i facet od dachu, temu też nie przeszkadza. Nie wiem w jakiej formie my będziemy tam obecni, bo dziś świętujemy wpisy do ksiąg wieczystych. Ksiąg, bo kupiliśmy chatę -1 księga, parcelę pod chatą- 2 księga i sporą działkę obok - 3 księga..... 
Pietrek mówi, że zostały tam jeszcze tylko jakieś drobiazgi i po weekendzie będziemy mieć stan "0" i ruszamy z kopyta.
Za tydzień podobno zaczynamy robić dach, i będzie jak mówi mój ulubiony podkrakowski stolarz Pan Jacek "cacuszko"! a zaraz za nimi murarze. Panowie od schodów mają zagwozdkę, bo żadna ze znanych im maszyn nie chce wygiąć tak grubej blachy na takie cuda jak się nam zachciało  w jednym ciągu. Trzeba będzie ciąć i spawać a inwestorka kręci głową, że nie chce. Konstruktor kombinuje, jak by tu zrobić, żeby się spotkać w połowie drogi.
To ja poczekam... z nadzieją na cud.
fot.link


Ogólnie fajnie, że już stan "0" bo te zmiany koncepcji już mnie wykańczają. Kuchnia znowu zmieniła swój wygląd. Ale tym razem jest to już chyba projekt docelowy. Z ciekawości wczoraj zrobiłam kosztorys w polskim Ikea, ale o tym to w następnym poście pt. "Kuchnia". Niemniej jednak wracając do Ikea różnica w cenach tych samych produktów czasem poraża. Krzesło nazwijmy je T. w Polsce kosztuje 399,- a Czechach to samo krzesło kosztuje w przeliczeniu z dużym naddatkiem 250,- i to nie jest żadna przecena. I w ten sposób w Polsce za 4 krzesła zapłacę tyle ile w Czechach za 4 krzesła + stół. A od czasu do czasu mają jeszcze akcje 3+1 czyli płacisz za 3 krzesła a 4-te dostajesz gratis. A przecież my, Polska jesteśmy potencjalnie większym i liczniejszym odbiorcą, czyli teoretycznie mielibyśmy mieć taniej....