poniedziałek, 9 czerwca 2014

Sezon na misia.



 Ponieważ wcześniej się jakoś nie składało, a wyjazd na Węgry zbliża się dużymi krokami, tak wyciągnęliśmy pyrkawkę z garażu, umyliśmy ją, wypucowali i fruuu.
Pogoda była piękna, więc "sezon na misia" został otwarty.





 No, nie zaprzeczę, przy wyjeździe z miasta było ciepło, ale potem mmm. Weekendzie trwaj wiecznie!



Pojechaliśmy na męski obiad. Specjalnością restauracji są podobno bycze jądra, ale niestety w tym dniu już wyszły :/ Musieliśmy się zadowolić językami ehhh, ale też smaczne były. Gdybym nie wiedziała co jem, to bym nie wiedziała co jem.
fot. bycze... no przecież nie języki


 Jutro w południe mają przywieźć blachę na dach, młodzi i gibcy mają wejść na budowę w środę rano. Czarno to widzę, oj CZARNO. Blacha jest czarna, chata w pełnym słońcu a zapowiadają 34 stopnie, no usmażą się nam chłopcy, usmażą jak frytki.

Zamówiliśmy specjalne nadproża nad nowe okna i drzwi tarasowe, przystosowane do montażu rolet. Nie kupujemy gotowych, bo te są bardzo ciężkie a przy wielkości naszych otworów okiennych w ich montażu potrzebny byłby niestety dźwig.

Co poza tym? Mieliśmy znowu naradę architektoniczno -konstruktorską, pojawiły się nowe koncepcje, pomysły itd, ale było tego tak dużo, a upał tak wielki, że niewiele zdziałaliśmy. Teraz, po młodych i gibkich od dachu, do chaty wejdą murarze, hydraulicy, elektrycy i ekipa od gips kartonów. Potem już tylko czekamy na okna i schody i jedziemy z wykończeniówką. Tak, że zaczyna się czas projektowania wnętrz... ze wszystkimi jego urokami i wadami.