poniedziałek, 17 października 2016

Mgliście, liście, liście


Witajcie

I skończyło się rumakowanie. Dni coraz krótsze, wieczory coraz chłodniejsze. Zaczęły się pojawiać znielubione przez nas biedronki. Lato minęło jak z bicza strzelił, właściwie nawet nie wiem kiedy. W swoim nowym miejscu na ziemi, które miało być z założenia tylko ostoją na letnie miesiące, no ewentualnie ciepłą wiosnę i złotą, ale niepolską jesień, a które przerodziło się w miejsce całorocznego pobytu, uczymy się nowych rzeczy, podejmujemy nowe wyzwania i określamy nowe cele. Wsłuchujemy się w ciszę, odpoczywamy od ludzi. Wizja powrotu do miasta z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc coraz bardziej się oddalała i powoli dojrzewaliśmy do momentu, kiedy będziemy zmuszeni odciąć pępowinę. Gdy dwa tygodnie temu pojechaliśmy do mieszkania w mieście po jeden, bardzo mroczny obraz na ścianę, dotarło do nas, że pępowina została odcięta. W ten sposób, nasz letni dom stał się domem całorocznym. Co, w tych okolicach, zaczyna być coraz częstszym zjawiskiem.


Kapryśne lato, bez ostrzeżenia przeszło w mokrą jesień i teraz widok słońca za oknem jest czymś wyjątkowym. 


W leśnych kotlinach o poranku budzą się mgły, a wieczorem jakiś puszczyk, czy sowa czy inne tatatajstwo znęca się nad nami i pohukuje ile wlezie. Gdzie się podział kojący śpiew świerszczy, tak łudząco przypominający cykady, albo wiosenne trele ptaków wszelkiej maści? 

Do lasu chwilowo nie chodzę, "przed chwilą" skończył się odstrzał "grubego zwierza" i ucichła nieprzerwania kanonada z, jak odnosiłam wrażenie, wszystkich stron. Ale zwierza jest dużo, bardzo dużo, przerażająco dużo!



Spadające liście pachną wilgocią, błotem i rozkładającą się materią. Ma to swój urok, lekko może depresyjny, ale i cudowny, wyciszający, nawet usypiający. 
W ogrodzie, jak na razie w kwestii jesiennego śmiecenia prym wiedzie stara brzoza brodawkowata nazywana przeze mnie "burdelarzką", bo śmieci przez cały rok (najpierw jakieś żółte pyłki, potem gałązki, później płatki/nasionka czy co to tam jest, a na koniec fury liści ehhh).
Zaraz po niej zaczynają śmiecić klony, nie są nasze, to drzewa gminy, ale za nic mają sobie granice działki i bezczelnie zasypują liśćmi moje juki. Właśnie mocniej powiało i znowu nie widać podjazdu, idę zamiatać...