poniedziałek, 19 grudnia 2016

Ciasteczkowy potwór

Chuchnęło, dmuchnęło i Święta idą.

Na nic nie mam czasu. Kto powiedział, że ludziom na starość nie potrzeba tyle snu, że niby śpią krócej. No ten kto to powiedział/wymyślił albo ściemniał, albo ja w tym domku pod lasem się nie starzeję. :P
Jak się tylko robi ciemno to zaczyna się koncert, moje łóżko śpiewa syrenim głosem. Nie myślcie, że nie walczę z pokusami, walczę, ale tak w okolicach 21 mój opór się łamie i polegam.
Za kilka dni Święta!!!! Pierwsze dwa tygodnie grudnia mówiłam sobie spoko, "muza świątecznej gorączki"  przyjdzie. Ale 11 grudnia ogarnął mnie niepokój. Co jest? Tak mnie w ogóle to nie wciąga. Ani kupowanie prezentów, ani pieczenie "Vanocneho cukrovi" Uuuups. No to zmusiłam się. Nie chciało mi się, na maxa nie chciało. Ale obiecałam rodzinie w Polsce, że przywiozę czeskie ciasteczka, a skoro "słowo się rzekło, to kobyłka u płota".  I w tym całym moim niechciejstwie nawet mi te ciasteczka całkiem dobrze szły. Aż do momentu, kiedy zaczęło mi się to podobać, bo od tamtej chwili, kompletna klapa.  Jak tak dalej pójdzie, to za tydzień będę wyglądała jak ciasteczkowy potwór. Tylko zamiast być niebieska zzielenieję ze złości.


Sukcesem, muszę nazwać must be czeskich świąt, czyli "vanilkove rohliki" , niewiele nazwa ma wspólnego z rzeczywistością, bo wanilii jest tam tyle co kot napłakał. Powinny sie nazywać orzechowe rogaliki :)

Wyglądają uroczo, poza oczywistą wadą, jaką są kalorie mają inną wadę "szybko znikają".

i "linecke", czyli innymi słowy maślane :)


 


Laskonki, które rok temu wyglądały cudownie, 


w tym roku były jakąś szarą, ponurą, płaską klapą.


Jako, że wyżej wspomniana muza nadal się nie pojawiała, zainwestowałam w dopalacze ;)

Grzane winko z owocami, mmmm.
Kontynuując użalanie się nad swoim kuchennym losem przyznam się, że: zamiast klawiszy udało mi się upiec placek klawiszowy, 
zamiast neapolitańskich kapeluszy miałam, jakiegoś plackatego stwora, 
pralinki czekoladowe przemoczyły kakao i wygląda to tak..... no tak jak wygląda, lukier z tubek do ozdoby okazał się w przeciwieństwie do wyrafinowanej ceny nędzny, ....itd, itd za to, wyśmienicie mi się z tych niepowodzeń powiodła cała gama bajaderek....z rumem :), ofkors.

Pijane bajaderki.

Noo dobra, nie tylko pijane bajaderki zrobiłam, niepijane zrobiłam też. A tak wygląda mniej więcej mój talerz domowych cukrovi. Kolejna partia klawiszy się jeszcze studzi i na jutro zaplanowałam takie jedno orzechowe ciastko na andrucie. Ci którzy go znają, kiwną głowami, że warto się pomęczyć. Ciekawe co powiem jutro. Po upieczeniu.


Teraz jeszcze tylko zapakować prezenty, bezpiecznie dotrzeć do Krakowa i Święta przybywajcie!!!